wtorek, 2 stycznia 2024

2024-1

Wydaje mi się, że gdyby udało mi się wymyślić właściwe imię dla mojej głównej bohaterki, ruszyłabym z opowieścią jak z kopyta. Z drugiej strony - jeszcze tak mało o niej wiem. Zatrzymam się przy Wagabundzie. 

To mężczyzna, którego spotykam na skraju wsi, w miejscu, gdzie nie koszona od lat łąka powoli przekształca się w las. Siedzi na pniu po wyciętej wierzbie, otoczony wianuszkiem wiklinowych odrostów,  w miejscu za mało odludnym, by szukać w nim realnego odosobnienia, i zbyt mało uczęszczanym, by liczyć na spotkanie z kimkolwiek, kto mógłby wnieść do życia jakikolwiek, wart uwagi element. Mężczyzna wydaje się być w średnim wieku, nosi strój odpowiedni na wędrówkę: na głowie wojskowa czapka z daszkiem, na karku kucyk jasnych włosów, na grzbiecie koszula w granatową kratę, na nogach dżinsy, na stopach podniszczone, brązowe trapery. Standard, myślę sobie, nic nadzwyczajnego. Staram się nie zmieniać tempa marszu, jednak spod ronda kapelusza z całą dyskrecją, na jaką mnie stać, omiatam wzrokiem obozowisko.Na skraju działki, pod kępką brzóz, widzę mały namiot w kolorze khaki, obok otwarty, wojskowy plecak, przewieszona przez gałąź wojskowa kurtka z kieszeniami, nieco dalej na prawo prowizoryczne ognisko, otoczone kamiennym kręgiem, nad żarem żelazny stojak, na nim czajnik. Nad dziubkiem leniwie krąży nitka pary. Mężczyzna przebywa tutaj zapewne od kilku godzin. Czuję miły zapach kawy. Czuję ogarniającą mnie bezwolność, chciałabym odpocząć, przekroczyć niewidzialny krąg, zbliżyć się do ogniska, usiąść obok mężczyzny, poprosić o kubek naparu. Albo chociaż unieść rękę i krzyknąć: cześć, wędrowcze.  Może to rzeczywiście wakacyjny wędrowiec, stary harcerz, zmęczony wygodami codziennego życia, myślę sobie. Posiedzi tutaj i odpocznie sobie, może nawet przenocuje w namiocie, stoczy batalię z wiejskimi kundlami, pospuszczanymi na noc z łańcuchów, a rano wróci radośnie do codziennego życia na blokowisku. Nazwę go Wagabunda, myślę sobie i ruszam dalej, już z nową siłą, dziarsko uderzam butami o nierówności szutrowej drogi. Za krzyżem powstańców skręcam w leśną ścieżkę. Ściółka wydaje się szara, pozbawiona życia, nie padało od wielu dni. Mimo to znajduję kilka kurek, koźlaka i trzy wyrośnięte, zdrowe zielone gołąbki. Może zaproszę Wagabundę na zupę, myślę sobie i już w wyobraźni wrzucam do garnka włoszczyznę, siekam grzyby, tocząc z gościem beztroską rozmowę, o której wiem, że nigdy się nie odbędzie. Lubisz ze śmietaną, czy czystą na rosole, pytam, a on odpowiada, że najchętniej zjadłby taką gęstą, z dużą ilością ziemniaków, za to bez żadnych kostek bo już go brzuch boli od puszkowej diety obieżyświata..


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz